Motorowodny Mistrz Świata Cezary Strumnik z Chodzieży

Piotr Ślęzak
Piotr Ślęzak
ach. prywatne C. Strumnik
Po wielu latach starań i doskonalenia umiejętności, niedawno zdobył tytuł mistrza świata.

Cezary Strumnik mówi tak: - Nim zaczęła się moja przygoda ze sportem motorowodnym, moi rodzice prowadzili restaurację Prima nad Jeziorem Miejskim, a w tamtych czasach co roku organizowane były zawody motorowodne, na które przychodziło tysiące kibiców. Największą gwiazdą i magnesem dla ludzi były starty Waldemara Marszałka. Jakoś tak się stało że rodzice zaprzyjaźnili się z panem Waldemarem i jego rodziną. Moi koledzy mieli w pokojach plakaty znanych zagranicznych piłkarzy, a ja miałem plakat pana Waldemara. Różnica była jednak taka że ja raz na jakiś czas mogłem go spotkać.

Dorosnąć do sportu

Później młody Cezary był ratownikiem, płetwonurkiem, ale ciągle najbardziej ciągnęło go do łódek - takich z motorem. Wreszcie zaczął jeździć na wyścigi z innymi zawodnikami jako mechanik i pomocnik.

- W pewnym momencie pojawił się pomysł żeby spróbować samemu - wspomina mistrz. - W tamtych czasie Polski Związek Motorowodny uruchamiał nową klasę w Polsce czyli OSY400. Związek kupował silniki dla zawodników w zamian za deklaracje startów we wszystkich zawodach. Udało mi się wtedy taki silnik dostać, natomiast łódkę kupiłem dzięki pomocy rodziców i lokalnych przedsiębiorców skupionych wokół klubu HALS-Chodzież. Tym sposobem w 2009 roku stałem się zawodnikiem motorowodnym.

Początki, jak sam mówi, nie były zbyt ciekawe, a wręcz słyszał różne sugestie, aby dał sobie spokój z tymi łódkami. Ale on się nie poddawał.

- Z roku na rok zajmowałem coraz lepsze lokaty na zawodach krajowych, a rywale zaczynali się ze mną liczyć - mówi Cezary Strumnik. - W tamtym czasie najbardziej pomagał mi kolega Marcin Cerajewski. Ja sam spędzałem tysiące godzin siedząc w garażu (głównie po nocach), ciągle coś poprawiałem i sprawdzałem to potem na wodzie. OSY400 to taka „aptekarska” klasa, każdy szczegół, detal ma znacznie, nawet to jak zgasisz silnik przed startem podczas rozgrzewania silnika.

Po latach mogę stwierdzić także że moją dużą przewagą nad innymi zawodnikami jest to że mieszkam w Chodzieży. Tu w każdej chwili mogę wypróbować swój sprzęt na wodzie i sprawdzić czy prace w warsztacie poszły w dobrym kierunku. Pamiętam że któregoś roku robiliśmy testy na wodzie 6 stycznia. Często jest tak, że pracujesz nad czymś 2 miesiące po czym testy na wodzie szybko to weryfikują i praca idzie na marne

.

Sukcesy

Po jakimś czasie nazwisko Strumnik stało się znane w świecie motorowodniaków. W kraju nie miał sobie równych, a na zawodach rangi Mistrzostw Europy i Świata ocierał się o podium. Wszystko jednak dalej funkcjonowało trochę na partyzanckich zasadach. Dopiero w 2013r udało mu się kupić (na którą częściowo wziął kredyt w banku) super łódź estońskiej produkcji. Na tej właśnie łodzi zdobył pierwszy medal, brązowy medal Mistrzostw Europy w 2013r w Chodzieży.

- To był przełom - wspomina. -Zobaczyłem, że mogę rywalizować jak równy z równym z najlepszymi zawodnikami i tak z czasem to ja stałem się najlepszy, a przed zawodami każdy wymieniał mnie jako faworyta. Nigdy jednak nie udało mi się wygrać złotego medalu, byłem 5 razy wicemistrzem świata i cztery razy wicemistrzem Europy. Ciągle na przeszkodzie stawał mi ten sam zawodnik z Estonii, Rasmus Haugasmagi. W pewnym momencie doszedłem do ściany, a klasa OSY400 zaczęła mnie nudzić, postanowiłem więc przesiąść się do najwyższej wyścigowej klasy F500.

Jak mówi, F500 to zupełnie inna bajka niż OSY400 pod każdym względem: prędkość, pozycja pilota, sterowanie, ustawienie, silnik, paliwo ale także finanse. Po kilku udanych startach, liczył na dobry wynik podczas ME w Chodzieży w tym roku. Miał realną szansę na brązowy a może i srebrny medal. Niestety doszło do wypadku.

- Inny zawodnik we mnie uderzył i kompletnie skasował sprzęt - mówi mistrz. - Łódka musiała pojechać do Włoch na naprawę i do teraz jeszcze nie wróciła.

Cezary Strumnik mógł zrobić sobie wakacje i czekać na naprawę łodzi albo wystartować w Mistrzostwach Świata OSY400.

- Dzięki pomocy byłego zawodnika Tomka Mordala z Murowanej Gośliny udało mi się przygotować perfekcyjnie sprzęt na te zawody. Cały lipiec i sierpień przesiedziałem w garażu oraz nad wodą szykując się do tych zawodów. Same zawody w Czechach przebiegały dla mnie perfekcyjnie. Po każdym wyścigu przychodzili do mnie znajomi, zawodnicy i mówili że jestem klasą sam dla siebie, poza zasięgiem innych.
Po 14 latach uprawiania tej dyscypliny zostałem Mistrzem Świata i to w sposób jaki sobie kiedyś wymarzyłem. W klasie OSY400 jest taka ciekawostka: każdy zdobywca tytułu Mistrza Świata otrzymuje puchar przechodni który 40lat temu ufundował Minister Sportu Japonii dla UIM. Puchar ma ok. 20kg i jest wykonany w całości ze srebra, a każdy mistrz świata musi wygrawerować na nim swoje nazwisko. Teraz ten puchar jest w Chodzieży i moje nazwisko też zostanie tam wpisane. Tytuł Mistrza Świata dedykuje mojej rodzinie, żonie Joannie która jest wyrozumiała i dzielnie znosi moją pasję, choć nie jest łatwo pogodzić życie zawodowe, rodzinne i sportowe.

Co dalej?

- Czekam na naprawę łodzi F500 i mam nadzieję że uda mi się w październiku lub listopadzie zejść na trening, oczywiście w Chodzieży. W przyszłym roku skupię się na startach w klasie F500, no i chciałbym, aby japoński puchar został na dłużej w Chodzieży - podsumowuje mistrz, a my trzymamy kciuki za realizację tych wyzwań.

Mobilnych ołtarzy jednak nie będzie?

Wideo

Dodaj ogłoszenie